Rozterki młodego blogera

Ten post mogłabym również zatytułować „La donna è mobile”!!! Sama nie wiem ile razy zmieniałam koncepcje wykonania mojego (z)ręcznego dzieła, które zaraz zobaczycie. Niestety (albo stety, niepotrzebne skreślić) jeśli czuję, że coś do siebie nie pasuje… że coś jest nie tak… że powinno wyglądać inaczej… to choćby tysiąc kotletów i tysiąc atletów mówiło mi, że jest pięknie, to nie ma bata! Dotąd będę chodzić i ględzić aż tego nie zmienię. No po prostu kłuje w oczy i to tak, że jeszcze chwila i oślepnę! Co robić, takie skrzywienie. A, że nie lubię szczególnie walczyć ze sobą, no to zabieram się za robotę od nowa i działam dopóty, dopóki nie będę zadowolona. To co zobaczycie poniżej dokładnie opisuje ten proces od początku do końca, ze wszystkimi szczegółami. Zaraz się przekonacie, tylko muszę Was ostrzec… wszystkich zdjęć jest 31!!! 🙂

Tym razem na warsztat wzięłam stolik kawowy. Historia jest krótka i mało skomplikowana. Stolik, który kupiłam do salonu, po skręceniu, okazał się za duży. Na nowy-kolejny szkoda było mi pieniędzy więc postanowiłam przemalować stary stolik, który kiedyś zaciapałam klejem Kropelką. Jak wiadomo, ślady po takim paskudztwie zostają z nami na zawszę, więc stolik stał sobie schowany w najciemniejszym kącie domu i czekał na swój lepszy czas. Gdy mąż usłyszał, że chcę go przemalować powiedział magiczne słowo… decoupage. No geniusz! pomyślałam 🙂 Po trzech minut byłam już z moim pomocnikami w  „warsztacie”, zwarta i gotowa do akcji pod kryptonimem „stoliczku nakryj się” 😉

 

Zacznijmy od głównego bohatera. Kupiony za naprawdę niewielkie pieniądze, prezentował się ładnie do czasu bliższego spotkania z Kropelką. Później niestety stracił na swojej atrakcyjności.

 

 

Na początek postanowiłam go przetrzeć papierem ściernym a później odtłuścić benzyną.

 

 

Następnie, razem z moimi asystentkami pomalowałam go na biało farbą akrylowa. Jagódka, tym razem, postawiła na plakatówki, również w „gumianych” rękawiczkach jak mama 🙂

 

Dodatkowo, tak, żeby się nie nudzić, gdy stolik będzie wysychał, postanowiłam w tym samym klimacie zrobić chustecznik 🙂

 

 

Następnie suszenie suszarką, żeby można było nałożyć kolejną warstwę farby.

Z odsieczą przybyły asystentki 🙂

 

 

Ponieważ chusteczka, którą wybrałam do zdobienia miała kolorowe tło, w którym przeważał kolor piaskowy, postanowiłam kolejne warstwy przemalować beżową farbą akrylową.

 

Finalnie przemalowany stolik i chustecznik wyglądały tak:

 

 

Do zdobienia wybrałam chusteczkę „Venezia”. Wydawało mi się, że będzie ładnie współgrać z kamieniem, którym obudowaliśmy kominek.

 

 

Chusteczka składała się z czterech różnych obrazków, więc dzięki podpowiedzi męża poukładałam je w różne strony aby siedząc przy okrągłym stoliku wzór był ładnie wyeksponowany z każdego miejsca. No cóż… tak jak kiedyś wspominałam, nie bez powodu drugie imię mojego męża w naszym domu to Skrzyneczka Pełna Pomysłów 🙂 Tak wyglądało klejenie:

A tak wysychanie… oczywiście pod czujnym okiem Oliwki 😉

 

 

 

A tak stolik i chustecznik wyglądały po wygładzeniu boków. Teraz jak patrzę na to zdjęcia to myślę sobie „czego ja chciałam więcej”. Ale w tamtym momencie byłam w ferworze walki niczym Napoleon pod Waterloo 🙂

 

 

Idąc za ciosem wymyśliłam, że nogi i spód będą siwe. Tak, żeby stolik pasował nie tylko do kominka ale i również do wystroju salonu.

 

 

Poza tym blat wydał mi się zbyt „saute” więc wycieniowałam go za pomocą rekwizytu użytku codziennego czyli gąbeczki do makijażu 🙂

 

 

Następnie lakierowanie i przeszlifowanie papierem ściernym oraz lakierowanie i przeszlifowanie papierem ściernym i ponownie lakierowanie i przeszlifowanie papierem ściernym… ten proces można powtarzać w nieskończoność. Robi się to po to, aby powierzchnia była gładka a naklejona serwetka bez zagnieceń. Myślę, że stachanowcy na prawdę robią to bez końca, ja dwa, maksymalnie trzy razy 🙂

 

 

No i wuala… tak wyglądał chustecznik:

a tak stolik:

 

 

Jak dla mnie za mdło, za bardzo szaro, za mało kontrastów… generalnie coś nie tak. Moją receptę na takie wahania nastrojów już znacie. Załapałam się za wałek i postanowiłam przemalować nogi i wierzch chustecznika na miedziany brąz.

Efekt też na nic… tym razem stolik ładnie korespondował z kominkiem ale z kanapą i fotelami… no nie koniecznie!

 

Także… tego… no! Pędzel w dłoń i znowu rozpoczęłam malowanie na siwo. Ja wiem… jestem skrzywiona ale cóż… natury nie oszukasz 🙂 W tak zwanym „międzyczasie” kupiłam również dywan, który z mojej koncepcji zrobił… antykoncepcję 🙂

Próbowałam nawet pograć dodatkami typu pomarańczowa poducha ale to nadal nie było to. Stolik gryzł mi się z dywanem i fotelem w palemki (który uwielbiam!)

 

 

 

Dlatego ostatecznie mój stolik stanął w pokoju gdzie zatrzymują się u nas goście. Fajnie zgrał się tam z kanapą, poduszkami i fotelem 🙂 Fajnie to chyba nawet za mało powiedziane… idealnie!!! Do salonu kupiliśmy po prostu stolik z Pepco za 29,99 (w zasadzie upolował go mój mąż). Nie umieszczam jego zdjęcia ponieważ nie chcę robić konkurencji głównemu bohaterowi. Zresztą zobaczcie go w akcji 🙂

 

Chustecznik natomiast stanął na kominku razem z moim kolejnym (z)ręcznym dziełem czyli podstawką na telefon (w dobrze Wam znanym, miedziano-brązowym kolorze 😉 )

 

 

No to kto z Was wpada na herbatkę z goździkami i pomarańczą? W gratisie dodam pyszną zeberkę 😉

 

 

P.S. A tu możecie zobaczyć efekt przed i po 🙂