czyli co (z)robić żeby nie (z)wariować ;)

Lubie wracać tam gdzie byłam już

Do decoupagu będę mieć sentyment zawsze. Od niego wszystko zaczęło. Nigdy nie przypuszczałabym, że ta fascynacja zaprowadzi mnie do własnego bloga i kanału na YouTubie. Nie wspominając o makramach czy szydełku, które przecież są pochodną bycia (z)ręczną 😉

Ostatnio niestety musiałam odstawić decoupagowanie na półkę ponieważ moja młodsza córka jest już na tyle duże, że rozłożenie przy niej farb akrylowych oznacza koniec tworzenia a początek “uważaj… poczekaj… malujemy tylko na kartce… nie, nie! ściany są już pomalowane… ubranie też “:) Także, jak sami rozumiecie, dla własnego zdrowia psychicznego i prawidłowego rozwoju mojego dziecka (gdzie mało jest negacji 😉 ) stwierdziłam, że szydełkowanie i makramowanie będzie zdecydowanie bardziej praktyczne. W każdej chwili mogę je przerwać i gdy sznurek rozplącze się na pół domu, to prędzej czy później znajdzie się jego koniec.

Z własnego doświadczenia (zaznaczam, że nie uważam się za ekspertkę w dziedzinie parentingowej) wiem, że macierzyństwo wiąże się też z rezygnacją. W szczególności to wczesne macierzyństwo. Czasami musisz zrezygnować z fitnessu, czytania książki czy pójścia na koncert bo okoliczności nie pozwalają. Kluczem to szalejącej czasami frustracji jest akceptacja i znalezienie czegoś nowego albo chociaż półśrodka.

W moim przypadku (takie case study zrobię Wam dla przykładu i to case study z grubej rury) postanowiłam na jakiś czas zawiesić swoją karierę zawodową. Gdy przeanalizowałam wszystkie za i przeciw stwierdzam, że powrót do pracy po urodzeniu drugiego dziecka będzie bardzo bardzo trudny. Mieszkamy 500 km od naszych rodziców i nie wchodziła w grę doraźna pomoc dziadków gdy np. któraś z dziewczyn się rozchoruje albo gdy w ferworze wali zabraknie Ci czasu na ugotowanie zupy. Moja praca (którą bardzo bardzo lubiłam) mieściła się 60 km od mojego miejsca zamieszkania (codzienne dojazdy to łącznie 120km). Oprócz odległości oznaczało to, że poza domem będę średnio 10 godzin dziennie na co zupełnie nie miałam wewnętrznej zgody. Przy dwójce małych jeszcze dzieci to było mega trudne dla mnie. Gdy razem z mężem podzieliśmy moją pensję na dojazdy, nianie (względnie żłobek) i zwolnienia lekarskie na chore dzieci, stwierdziliśmy, że to zwyczajnie się nie opłaca. I tak o to zrodził się plan aby na jakiś czas zrezygnowała z pracy. Oczywiście mieliśmy back up w postaci oszczędności i dobrze płatnej pracy męża, no i co najważniejsze ja miałam już założonego bloga, który co prawda nie przynosił żadnych dochodów ale był dla mnie odskocznią od codziennych obowiązków. Po pewnym czasie okazało się, że bardzo je potrzebowałam ale o tym innym razem 😉

To co chce Wam powiedzieć to to, że w moim przypadku, rezygnacja z prac z czasem sama przyniosła inne rozwiązanie czyli bloga. I wydaje mi się, że to jest właśnie ten klucz. Nie ma co rozpaczać, że czegoś nie możemy. Ta niemoc to jest tak naprawdę moc tylko, że moc czegoś nowego. Najważniejsze to nie zamykać się w tej rezygnacji ale podejść do niej jako do czegoś dobrego. Ja nawet pisząc tego posta musiałam w trakcie zrezygnować bo dziewczyny bardzo marudziły i zwyczajnie zarządziłam wycieczkę rowerową dookoła naszej wsi. Nawet nie wiecie ile nowych pomysłów przyszło mi na dokończenie tego pisania podczas pedałowania 😉

Wiem wiem… część z Was powie, ze łatwo tak sobie pisać ale ja chcę Wam tylko pokazać, na moim przykładzie, że się da. Czasami trzeba tylko dobrze pogłówkować ale przestać wszystko kontrolować i poczekać na to co życie nam przyniesie.

A (z)ręczne dzieło, które chce Wam dzisiaj pokazać to powrót do miejsca gdzie byłam już (bo lubię tak sobie wracać)… czyli do decoupagu. Zaczęłam pracę nad nim jakieś osiem miesięcy temu i musiałam z niej zrezygnować z powodu wyżej wymienionych względów. Ale jakiś tydzień temu naszła mnie przemożna ochota dokończenia go. I tak wieczorem gdy moja rodzinka już spała ja wzięłam się za decoupagowanie.  I tak powstał chustecznik, który podarowałam z wdzięczności za wsparcie jakie otrzymałam. I o tej wdzięczności też Wam kiedyś napiszę… a dzisiaj zobaczcie mój chustecznik Paris. Idealny prezent gdy nie wiesz co komuś kupić w ramach zwykłego dziękuję 🙂

 

 

 

 

 

Niestety nawet nie wiem czy mam gdzieś jakieś zdjęcia czy filmiki z pracy nad nim. Tym razem musi Wam wystarczyć gotowy (z)ręczny chustecznik.

 

 

Mam nadzieję, że nowej właścicielce chustecznik się przyda 🙂

 

 

 

 



1 thought on “Lubie wracać tam gdzie byłam już”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.